Days of the future passed * * * * *
best song: Dawn is a feeling
Pierwsza płyta właściwego The Moody Blues. Te dwie poprzednie z "ery przedhejłordowskiej" się nie liczą w zasadzie (bo dla mnie jak wiadomo zespół ten opiera się na Haywardzie i Lodge'u). Bardzo fajny pomysł, taki dzień który sobie jakoś tam mija. Jest to też taka płyta równa, właściwie bez słabych momentów (poza wierszydłem z początku). Best song Mike'a Pindera (!). Na plus - orkiestra, chociaż nie wszędzie mi pasuje jak trzeba, ale dobrze że jest, robi klimat, (chociaż w ostatniej piosence trochę kiczowate

ale kogo to obchodzi?)
In search of the lost chord * * * *
best song: Hous of four doors
To była pierwsza płyta moodych jaką drogą kupna nabyłam, i chyba trochę mi się
przesłuchała. Ogólnie wszystko jest okey. Irytuje mnie nieraz ten wesoły początek (aż do "domu") a ZAWSZE piosenka Pindera best way to travel! Straszna rzecz. Piosenki Justina ze środkowej części ok, końcówka płyty niestety do bani (niekoniecznie muzycznie bo te om om takie nawet przyjemne)
On the treshold of a dream * * * * *
best song: na ten czas nie stwierdzono czy Never comes the day czy To share our love
Znowu bardzo dobra płyta z jednym gorszym momentem (znów Pinder - początek so deep within you), a właściwie dwoma, jeszcze Edge i jego wiersz, takie to dla mnie irytujące. Zamiast tych wstępów i zakończeń wierszowanych możnaby dołożyć z jedną piosenkę porządną Lodge'a
Tym razem mamy ładne zakończenie płyty, to po wierszu, Pinder się rehabilituje i robi kapitalny numer instrumentalny. Ray Thomas niespodziewanie robi piosenki które mi się podobają a Hayward i Lodge najlepsze numery oczywiście.
To our children's children's children * * * * *
best song: Eyes of a child
Rewelacja! Nawet nie zaczyna się tak głupio jakby się można spodziewać po nieszczęsnym perkusiście. I zaraz potem best moment, oczy dziecka, obie części genialnie zbudowane (ej, to kompozycja Lodge'a -zachwyt nie powinien dziwić

), przedzielone jakimś numerem Thomasa, takim właśnie nijakim raczej, sobie przyjemnym. John jeszcze jedną fajną piosenkę tu nagrał, candle of life. Za to te dwa numery Haywarda (I never thought I'd live to be a hundred/million) to perełki! Ah, i jeszcze "Gypsy". i out and in... eh, Płyta jest faktycznie "dziecięca" w pewien sposób. Bardzo to piękne jest całościowo.
na temat
Question of balance na razie nie mam za dużo do powiedzenia bo mnie nie ruszyło i mało słuchałam Początkowy numer Haywarda bardzo mi się podobał na Red Rocks. Potem są jakieś dwie śmieszne piosenki Lodge'a i jedna Haywarda. Posłucham w najbliższym czasie i coś napiszę. Maybe
Every good boy deserves favour * * * * *
best song: One more time to live!
Genialny wstęp! Chyba najfajniejszy ze wszystkich ich płyt. W ogóle to byłaby płyta na 6 gdyby nie after you came i końcowy Pinder. Edge'a piosenka jest po prostu kiepska, Mike'a taka sobie. Ale Emily's song, obie Justina i ta pierwsza Thomasa - Our guessing game.. bardzo dobre! Wspaniała płyta, i oczywiście best song ever, ever, ever! A propos, nigdy nie słyszałam dobrego wykonania koncertowego one more time to live. Czy jest takie?
Ta płyta moody blues jest u mnie w ścisłej czołówce.
Seventh Sojourn - około * * * * ale tak jak "question..." jeszcze za mało osłuchana w całości
best song: Isn't life strange
Dwie piosenki Lodge'a mi utkwiły najbardziej. Dobra jest też ta Haywarda i Edge'a "You and me" i obie Haywarda. Pinder nie rusza zupełnie a wręcz bardzo przeszkadza na początku, ta druga trochę lepsza. Może całość pójdzie o pół gwiazdki wyżej.
Blue Jays * * * * * *!
best song: Maybe
Esencja tego co w Moody Blues najlepsze. Solowa płyta Lodge'a i Haywarda. Rewelacyjna, genialna, poruszająca, po prostu czyste piękno! Nie ma żadnego słabego momentu. Wszystko jest idealne, na swoim miejscu. Maybe, wchodzi Lodge ze swoim słabym mizernym głosem i robi coś takiego że.. eh, me przerośnięte uczucia znów wychodzo na wierzch

. W każdym razie po tym delikatnym wstępie, i mellotron (?)z barwą odpowiednią, smyczki i to someone who needs/ someone who feels/ someone who sees can find you... best moment wszystkiego! Zastanawiałam się czy można to odczytać też w takim odcieniu chrześcijańskim i wydaje mi się że tak. Od tej płyty totalnie ich pokochałam i przesiąkłam tą Muzyką

Zresztą z tym się wiąże też pewna historia i dużo nadziei ta płyta mi na początku zwłaszcza dała.
Octave nie znam
Long distance voyager znam raczej słabo więc gwiazdek na razie nie będzie
Końcówka płyty raczej słaba, początek w porządku ale to już coś innego. Pierwsza piosenka Haywarda, tam coś o powrocie do szkoły chyba, potem Lodge i znowu kilka Justina. Nervous Johna bodajże tam pod koniec fajne. Ten jego głosik delikatny... Ech.. ten to obojętnie co zaśpiewa i tak mnie poruszy
The present - nie znam w ogóle. Ale przeglądając teksty myślę że będzie okey bo już się zaczyna zdecydowana przewaga kompozycji Justina i Johna a nie jakieś tam kosmiczne Pindery co mię drażnią najczęściej.
The other side of life * * *
best song: It may be a fire
Co się z nimi stało do cholery? Najgorsze jest to, że tylko jeden numer nie jest Haywarda albo Lodge'a
Sur la mer - nie znam płyty, tylko dwie początkowe piosenki. Tym razem dwaj panowie nie dopuścili innych do głosu (nad tym napewno nie będę ubolewać). Want to be with you, bardzo mi się podoba jak to Lodge śpiewa.
Keys of the Kingdom * * * *
best song: lean on me tonight (wersja z Red Rocks zdecydowanie jednak!!!! )
Lepiej na szczęście. To już nie jest to co kiedyś i nigdy nie będzie ale znowu niemal same utwory Johna i Justina, jeden tylko Thomasa, raczej kiepski zresztą. Lean on me to zdecydowanie mój best, najpierw poznałam to z red rocksa gdzieś na youtube i potem ta wersja studyjna taka rozmemłana w porównaniu jest. Tak czy siak, przy Lodge'u wymiękam totalnie. Rozbrajające. Mogo śpiewać o czym chcą, i tak mnie czyni szczęśliwą to co robią...
Strange times * * * * *
Mam od niedawna. Best song... hm, nie wiem jeszcze. Na pewno któryś Johna. O miłości która nie przychodzi łatwo, forever now albo może raczej words you say to me... ? Ten ostatni numer jest taki... no, dobry, poruszający. Brak mi słowa odpowiedniego. Piosenki Haywarda też są tutaj dobre ale Justin tu o dobre pół gwiazdki, albo i całą, za Lodgem na tej płycie. A, i jeszcze, końcówka płyty fajna. Edge raz zrobił coś co mi się spodobało.
December nie znam w ogóle, choć zważywszy na czas chciałabym
The view from the hill * * * 1/2*
Solowa płyta Haywarda, za bardzo popowa. I nie ma tutaj Lodge'a żeby wybronić jakoś do czwórki

best song: na razie chyba dzieci z raju ale jeszcze krótko znam
Na razie tylko.. ale myślę że to taki wstęp

Pewnie napiszę coś więcej o każdej płycie i piosence (zwłaszcza tych najlepszych) choć brak mi talentu Dzynia i Krejziego do pisania o muzyce tak żeby to było interesujące i czytelne. Jakkolwiek chciałabym jeszcze dodać że to jest mój zespół numer jeden od jakiegoś już czasu (co widać po wpisach wszędzie gdzie się da ), i myślę że szybko się to nie zmieni. Jeśli w ogóle kiedykolwiek, hehehe.
Ale mówiąc już poważniej, naprawdę bardzo ważne to dla mnie jest.
A tak w ogóle to była fajna historia skąd mi się ten moody blues wziął. Kiedyś w lecie mając sporo czasu stwierdziłam ze fajnie byłoby wiedzieć o czym tu piszą w tym ocenarium i zachciało mi się poznać coś nowego. Padło na Dzynia (bo widać że się na muzyce zna) i jego wątek o dniach przyszłych co minęły. Coś mignęło o orkiestrze, coś tu dużo ludzi się burzyło że co to w ogole za xespół beznadziejny. I jakoś fajnie się ten temat czytało

No a potem... stało się dziecię nieanonimowym moodyholikiem
Hej! Łord, to do następnego razu!