Kiss Me Kiss Me Kiss Me
The Kiss ***** Piękne uderzenie basu na początek. Potem dochodzi gitara i całość rozwija się fantastycznie. Wokal dochodzi dopiero pod koniec czwartej minuty ale w ogóle go nie brak. Fantastycznie, energetyczny numer. Kilka podobnych potem zrobili ale ten do dziś robi wrażenie. Od koncertu w Łodzi ten utwór na zawsze pozostanie bardzo mocno w mojej głowie, bo wcześniej go aż tak nie dostrzegałem.
Catch ** Z singlami z tej płyty mam ewidentnie problem. Bo w przeważającej większości są najsłabszymi momentami na płycie. A ten jest z nich bodajże najsłabszy. Taka sobie pioseneczka, z natrętnym czymś w tle
Torture **** To już taki typowy Cure, rozkrzyczany Robert, dynamiczne tło, którym sporo się dzieje. Nie jest to najlepszy utwór na tej płycie ale trzyma solidną średnią.
If Only Tonight We Could Sleep ***** jeżeli poprzedni utwór był dobry to ten jest świetny. Spokojny ale z jakąś tajemnicą w tle. Trochę leniwe granie na początek, znów wokal wchodzi bardzo późno. Ale klimat cały czas jest nieziemski. I jeszcze taka powłóczysta gitara gdzieś w samym środku. Ten utwór bardzo pasował do konwencji koncertów Unplugged. I został zagrany dla MTV, niestety jego fragment jest obecny jedynie pod napisami końcowymi
Why Can’t I Be You ***1/4 Z tych mnie przeze mnie lubianych singli ten ma nawet dość sporo uroku. Ale to nie to o co mi chodzi słuchając The Cure. Dość tandetne klawiszowe tło przywodzi parę lat wcześniejsze utworu z okresu Japanese Whispers.
How Beautiful You Are ****1/2 pierwszy utwór w średnim tempie, trochę akustyka i harmonii (?) w tle. I bardzo dobry tekst, zawsze jakoś zwracał moją uwagę. Ładnie sobie to płynie. Choć jak się nie słucha słów to może zacząć lekko nużyć.
The Snakepit **** Znów klimat powolnymi środkami. Zaczyna perkusja z basem, charakterystyczny riff atakuje z cicha dopiero ciut później. Piękny motyw, bardzo powoli, tak majestatycznie rozwijany. Trochę jak Torture dla The Kiss tak ten utwór jest lekkim powtórzeniem klimatu If Only Tonight …. Tylko znów powtórki są ciut słabsze. A no i długaśne to bardzo ale nieźle się rozwija i instrumenty fajnie się rozjeżdżają na koniec
Hey You! ** Utwór który poznałem ze sporym opóźnieniem. Był na pierwotnej wersji winyla ale na kompakcie zabrakło na niego miejsca. Dopiero na Deluksie powrócił jako pełnoprawna część płyty. Ale zbyt bardzo jej już nie wzbogaca. Dziś brzmi jak ciekawostka i równie dobrze mógłby wylądować na drugiej stronie jakiegoś singla. Trochę dęciaków i pozorowanego hałasu ale nic wielkiego z tego nie będzie.
Just Like Heaven ****** Dla równowagi jeden z moich ukochanych utworów The Cure. To pierwsze nagranie zespołu jakie usłyszałem, a przynajmniej pierwsze które przykuło moją uwagę. Bezsprzecznie najpiękniejszy popowy Cure ever. Tutaj tło syntezatorowi jak najbardziej na miejscu
All I Want **** Dobry utwór, tu też w tle podobnie ale całość bardziej dynamiczna. I wokal bardziej histeryczno krzyczący. Dobra średnia płyty.
Hot Hot Hot !!! *** Nie lubię funku. Nigdy nie lubiłem i pewnie już nie polubię. Chlubnym wyjątkiem jest chyba jedynie RHCP. The Cure wyszło to w sumie nieźle. Miejscami brzmi to jak Prince

Fajna taka rozjechana gitarka miejscami i fajny wokal. Trochę to jak parodia brzmi ale ostatecznie może być.
One More Time **1/2 Takie balladowe rozmemłanie. Takie klimaty udały się o niebo lepiej na płycie kolejnej. To jest dramatycznie nijakie i zawsze mi się z jakimś Georgem Michaelem kojarzyło
Like Cockatoos ***1/2 Niepokojący początek z kakofonią dźwięków (jakieś mewy?). Dopiero po chwili wyjawia się z tego jakiś bardziej zdecydowany motyw. I dobry jest. Lekko rozjechany wokal, podobnie z resztą jak część instrumentów. I taki nastrój pozostaje do końca. Tylko jakoś niewiele z niego się wyłania, trochę przedobrzone to nagranie.
Icing Sugar *** Dynamiczne wejście perkusji. Potem basowy temat i w końcu trochę saksofonu ale też bez bardzo wyraźnie oznaczonej melodii. Wokal pojawia się znów gdzieś po połowie utworu. Ale trochę to gna bez celu.
The Perfect Girl **1/2 Tak sobie pioseneczka, trochę bliźniak Catch. I również bez wyrazu.
A Thousand Hours ***1/2 To z kolei braciszek One More Time, ale akurat ten lepszy choć do klimatu Disintegration jeszcze sporo zabrakło.
Shiver And Shake ***1/2 W końcu coś rozgrzewającego. Nie jest to niestety żaden wybitny utwór ale obliczu poprzednich zyskuje na wartości.
Fight ****** Fantastyczny numer. Rewelacyjnie budzi na końcu tej płyty. Drugi na bieżąco poznany numer zaraz po Just Like Heaven. I ukochany do dziś. Trójka dała to, bo inne single poza JLH nie radziły sobie na liście. Chyba najwspanialej tu Robert krzyczy. Szaleńczo doskonałe!!
Mam z tą płytą problem. Bo jest kilka utworów fantastycznych ale jako całość płyta nie trzyma poziomu. Rozjeżdża się zwłaszcza końcówka, gdzie kilka utworów jest bliźniaczo nijakich dla mnie i dopiero finałowe Fight mnie przebudza zawsze. Jakby wyrzucić kilka utworów (tak z pół godziny by się znalazło!) to byłaby bardzo dobra płyta. Tak jest niezła z paroma wybitnymi utworami. Ale poniżej
**** chyba zejść nie mogę.