To ja się wypowiem odnośnie Kacpra punktów Breakoutowo-dżemowych.
K.T.W.S.G. pisze:
1. Breakout ma się do Dżemu tak, jak Metallica do Megadeath, czy The Beatles do Rolling Stones.
znaczy nie... nawet czysto formalnie to się nie zgadza. Breakout ma się do Dżemu jak Rio Bravo do Tańczącego z wilkami. Jeden jest klasykiem, a drugi jest odnowieniem pewnej tradycji, w dodatku w bardzo osobisty sposób. I tak jak w przypadku westernów można się spierać co jest lepsze (akurat tu bym wybrał Rio Bravo po krótkim wahaniu), ale myślę, że mój przykład jest bardziej adekwatny.
K.T.W.S.G. pisze:
2. Breakout jest CUDOWNY muzycznie i jest to jedyny polski zespół (EVER!), który po przełożeniu tekstów na angielski mógłby zostać wrzucony w równoległą czasowo rzeczywistość Zachodu i natychmiast osiągnąć status gwiazdy najwyższego formatu. Sądzę, że Breakout "amerykański", albo Breakout "angielski" byłby w tamtych czasach czymś na miarę Jefferson Airplane, Cream, a nawet Led Zeppelin. Dżem byłby po prostu kolejnym sprawnym zespołem bluesowym z bardzo interesującym wokalistą, ale nie stałby się tym samym drugim Free.
Teoretycznie masz dużo racji. Z tym że takich rzeczy nigdy nie wiadomo. W zasadzie jeszcze bardziej predysponowany do tego był Niemen, a jednak nie wyszło. Oczywiście jest tez w tym dużo przesady, bo Breakout mimo wysokiego poziomu muzycznego nie miał wirtuzoerii równej zespołom typu Cream i Led Zep. Musieli by zatrudnić więcej jazzmanów...

A Free jest ewidentnie gorsze od wszystkich zespołów, o których napisałeś hehe. Ale to nie ma tu znaczenia też.
Niewątpliwie jednak słuszna jest twoja uwaga, że Breakout muzycznie pozostawiał Dżem daleko w tyle. Nie dalej jednak niz Dżem Breakoutów pod względem wokalnym.
(punkt szósty się w tym też zawiera)
K.T.W.S.G. pisze:
3. Breakout jest - wbrew pozorom - bardzo wszechstronny muzycznie, a Dżem jednak mocno tkwi i zawsze tkwił w pewnej szufladce z której nigdy się właściwie nie wybił. Nie chcę użyć określenia "na jedno kopyto", ale chyba tak właśnie to dla mnie często brzmi.
to jest akurat zupełna nieprawda i może świadczy o małej znajomości Dżemu. Był to zespół, który jak mało który czerpał z bardzo różnej stylistyki i choć zdecydowanie przeważający był blues, to weź sobie takie utwory jak Mała aleja róż, Dzień w którym pękło niebo, Złoty paw... żeby daleko nie szukać. Tam są rytmy bardzo dalekie od bluesowych.
K.T.W.S.G. pisze:
4. Riedel był *w większości przypadków* lepszym wokalistą niż Nalepa, ale w głosie Tadeusza słyszę więcej uczucia niż w głosie Ryszarda. No i Breakout miał Mirę....
nie widzę tu żadnych 'ale'. Nalepa generalnie był wokalistą typu Mark Knopfler albo Lech Janerka - tj. fajnie to brzmi, ale po prostu nie umiał żadnego głosu. Sam go lubię słuchać, kiedy śpiewa, tak jak i dwóch pozostałych wymienionych. Ale trudno porównać śpiew Knopflera z Plantem... takie widzę przełożenie.
A z tym uczuciem to nie wiem, co miałes na myśli. Głóny zarzut wobec Dżemu jaki mi przychodzi do głowy to ten, że w śpiewie Ryśka było
za dużo uczucia... ten ekshibicjonizm uczuciowy bywa trudny do zniesienia. To jest przerażający krzyk prosto z serca. Nie rozumiem, co chciałeś powiedzieć.
K.T.W.S.G. pisze:
5. Teksty Breakoutu, teksty Loebla to - znów *w większosci przypadków* - wspaniała poezja, a Dżem to po prostu (znowu - *zazwyczaj*) bardzo dobry blues (a ja przecież BARDZO lubię bluesa!) z typowymi dla tej muzyki motywami i klimatami. I naprawdę, szczerze i z całego serca wolę Modlitwę Breakoutu od Modlitwy Dżemu (którą też oczywiście uważam za utwór wybitny, choć od Nalepowej Modlitwy słabszy nieco).
hmm... teksty Dżemu są bardzo nierówne. Rzeczywiście wiele jest takich, o których piszesz. Błahe teksty o niczym. Taki niby typowy blues. Ale zdarzają się perełki, choćby Dzień w którym pękło niebo - moim zdaniem najlepszy pod względem poetyckim tekst Riedla, no i przede wszystkim są te teksty, które literacko może nie maja dużej wartości, ale zyskują dzięki zawartemu w nich ładunku szczerości i obrazowi życiowych dramatów. Poszarpanie, czasem niegramatyczność tych tekstów nabiear pewnego sensu, gdy się zastanowimy o czym one mówią...
Z drugiej strony w Breakoucie mnie czasem drażni maniera "poetycka" polegająca na notorycznym zmienianiu szyku tak, żeby na koniec wersu zawsze trafiało krótkie słowo (takie moje miasto jest, czemu kwiaty zwiędły dziś, oni zaraz przyjda tu itp.)
K.T.W.S.G. pisze:
7. "Słuchalność". Breakoutu mogę słuchać często, bardzo często, ostatnio to nawet codziennie - i to słuchać CAŁYMI PŁYTAMI. Z płyt Dżemu mógłbym zrobić jedną bardzo fajną składankę, bo na dłuższą metę jestem ich muzyką po prostu zmęczony.
to juz zupełnie osobista kwestia, to tak jak ja mniej słucham Floydów od Beatlesów, bo też mnie męczą bardziej. Fakt, że Dżem też mnie męczy, ale to właśnie ten ekshibicjonizm i tkwiący w podświadomości obraz tragedii zyciowej, jaka Riedel musiał przeżywać każdego dnia.
K.T.W.S.G. pisze:
8. No i nie wiem, do jakiego stopnia na popularność Dżemu wpływa legenda Riedla, jego lifestyle i to co się z nim stało. Czy nie patrzymy na Dżem przez pryzmat tragicznego żywota wokalisty i nie dokonujemy podświadomej transpozycji Riedla na Morrisona, przenosząc automatycznie kultu Jima na nasz "swojski" grunt?
pewnie trochę tak, ale podobnie jak w przypadku Morrisona jesto to ze wszech miar zrozumiałe i naturalne. Tak jak pisałem w wątku o filmie, analogie między Jimem a Ryśkiem narzucają się same, nie trzeba tu niczego robić na siłę...