Wciąż bez dystansu, ale spróbuję. Podoba mi się stwierdzenie (chyba Mikiego), że to uniwersalna opowieść o człowieku. Do tego głęboka i dotykająca tego, co najtrudniejsze, ale i najważniejsze – rozrachunku z całego życia, stanięcia przed drogowskazem „wieczność” i „Wieczność”. Świetnie tę ostatnią, choć w sumie trwającą całe życie, jeśli się jest świadomym, drogę rozpoczyna „Zły porucznik”. Samotność jest zarysowana oczywiście przez sugestywny „pusty peron”, na którym nikt się nie pojawi, bo „mój pociąg” to ten jedyny. Bo nawet jeśli gdzieś zamajaczy tłum, to mnie nie obchodzi – jestem sam, a przed oczyma mam tylko swoje krótkie, nędzne życie. „Los zniknął z oczu” – nic już nie osiągnę, nawet jeśli będę miał nadzieję. Dla mnie jest to stanięcie twarzą w twarz najpierw z sobą samym (zanim inni i Inny mnie oskarżą). Wyrzuty sumienia, widok własnej niemocy rozrywa, spala i każe się bronić. Nie jestem w stanie sprostać Twoim wymaganiom, starałem się, ale nic mi nie wyszło, bo jestem TYLKO człowiekiem, a do tego nie mam pewności, że Chrystus umiera za każdego/każdego dnia, więc chcę pozostać „tylko stąd” – odtąd dla mnie będzie istniało tylko jedno prawo: „Oko za oko”.
Podoba mi się galopująca perkusja i ten równomierny wokal z pazurem, wyrazisty, a do tego poparty niezwykłym NIE MA! Te dopowiedzi są mistrzowskie.
No i dwa fragmenty – jak kontrast, a w podobny sposób uwypuklone: „Pomyśl-zabij/Zabij-pomyśl” – gdy walczę z sobą oraz „Przyjdź/Przyjdź/Przyjdź” – gdy zdobywam się na to, by jednak walczyć i przezwyciężam swoją pychę. Ten motyw wołania wróci, gdy stanę przed prawem (bo ja odbieram to „przed” od początku nieczasowo). Utwór zaczyna się Ja (mój), a kończy Ty. Piękne.
„Proces” – starcie świata ziemskiego i spraw ponadziemskich. Niespecjalnie odpowiada mi to początkowe tempo i sposób „śpiewania” a la „Ulica jaszczurki” – nie lubię takiego natłoku skojarzeń (poza okładką SSS), ale o ile na UT one do mnie nie docierały, o tyle w „Procesie” mają znaczenie (tzn. tam pewnie też mają, ale nigdy nie udało mi się do niego dotrzeć). Wszystkie chwile – też te dobre, które miały być nadzieją wieczności, bo były szczęściem (święta ziemia, nocny pociąg, światło za wodą, księżycowa dal, ubogi duchem, góra w snach etc.) – one mnie będą oskarżać, one wołają na sąd. Najbardziej niezwykłe w tym utworze jest przejście od drapieżnego wokalu, który sugeruje, że jestem przerażony i krzyczę o tym, aż po godzenie się z tym w jednym z najpiękniejszych momentów na płycie – sennym, nie-mrocznym!, snuciu melodii jakby wmawianiu, że to nie jest takie straszne – mrugają, pukają… - uspokajam się, bo wiem, że tak musi być, wiem, wiem, to WCIĄŻ krąży po mojej głowie – że z każdego momentu będę rozliczony i teraz nadszedł ten moment. Zawsze o tym wiedziałem, ale teraz to się stało. „Przyjdź” ze „Złego porucznika” zmienia się w „Chodź”. I ta „głupia miłość” – ona też woła. Była piękna, więc trzeba się zmierzyć także z jej mocą. Świetny bas, świetne zmiany tempa (zmiany na lepsze, he he), genialny oddech w środku, który wierci w głowie.*
I przejście do Apokalipsy. „Statek burz” sprawił, że mogłam źle skończyć, bo po raz pierwszy usłyszałam go śmigając rowerem do pracy przez nielubiane przeze mnie skrzyżowanie. I mnie zatkało. Wokal… Zawsze, gdy to słyszę, myślę, że lepiej być tu nie może, a potem jest lepiej i, niestety, to sprawia, że jestem w sieci tej płyty. Na „Statku…” mam ciary i łzy w oczach. I najlepszym podsumowaniem i MOTTEM tego utworu jest dla mnie: „Czemu nie wstrząsa mną płacz, gorzki płacz”. Bo w środku wstrząsa. Jak już wcześniej pisałam (kiedy wydawało mi się, że muszę nabrać dystansu, ale nie wyszło) – poszerzyło się Armiowe bestiarium o postacie dalekie od Bromby i Froda. Choć unicestwienie pierścienia to nie przelewki, to Godzilla, Predator, Obcy – niosą z sobą katastrofę. W rolach głównych nie superbohater, a superniszczyciel – już wiadomo, kto ma przejąć władzę i co ma się wydarzyć – KONIEC. Ciemny front. Piękne konwulsje jak „wszechświat w kolorze mięsa” – znów wszystko ocieka krwią. Piękne, bo? Wezwani w porę i czas? Czyli co? Wiem, że Apokalipsa ma być i to jest ten moment, ta Noc? Bo na to czekam? Bo wiem, że miało być (a zatem jest strasznie, bo w końcu „to wszystko dzieje się teraz”), a jednak codziennie mówiłem „przyjdź Królestwo Twoje”? Zupełnie nie mam pojęcia, jak bardzo pogubiłam się w tym utworze, ale mam wrażenie, że to jest Apokalipsa z happy endem. Bo wyczekana, bo teraz nie muszę już stać sam na sam? A może też dlatego, że „innego końca świata nie będzie”?
„Katedra” – trochę mnie dziwi ten utwór, po „Statku” zawsze chce mi się usłyszeć od razu „Przed prawem”. Początek taki lekki, zaczarowana noc, hej ho. Zupełnie nie ten klimat, którego się spodziewam (za każdym razem, jak blondynka, która wierzy, że „tym razem nie skoczy”

). Odbieram „Katedrę” jako przygotowanie terenu do sądu. Jako miejsce, w którym ma się wydarzyć TO. Na początku jest mrokiem i skojarzeniem wyłącznie z wymiarem sprawiedliwości – Heretyk czeka na stos (ale też na wieczne niebo!). Katedra jest jak drabina – sięga wysoko, do Nieba, kojarzy się z Dobrem, ale przecież statek burz oznajmił, że nadszedł wielki czas. Zaczarowana noc okazuje się piękną, gdy nadchodzi światło, gdy wchodzi się do środka ze świadomością tego, że poza sądem jest tam szalona miłość. Między nadejściem Czasu a stanięciem przed Sądem musi być nadzieja. Stos heretyka wysyła płomienie, które mają lecieć jeszcze wyżej, mają otworzyć drzwi do katedry. Może sąd ziemski jest gorszy od tego ostatecznego? Może i heretyk ma nadzieję? I zabłąkany syn. Poza tym to miejsce sprawia, że chwila będzie ważna, najważniejsza, będzie święta.
„Przed prawem” – wspaniały początek i dla mnie armijne opus magnum. Teatralne, ale nie nadęte. Teatralność to dla mnie sztuczność, a tu jest takie teatrum mundi raczej. Na „Ty głupcze” mam oczywiście różne pomysły. Z jednej strony wyczuwałam w tym taką typową „Kartotekę” – nie trać czasu, zajmij się czymś, rusz się, masz jeszcze szansę coś zmienić; ale „Twój proces idzie źle” przekonuje mnie jednak do tego, że jestem w więzieniu, muszę zająć się czymś, żeby nie myśleć, spróbować schować się na chwilę w tych typowo ludzkich odruchach, bo czeka mnie nadludzki wysiłek – tłumaczenie, choć – jak Józef K. – tak naprawdę nie wiem, z czego, dlaczego to wszystko ma być aż tak straszne. Niewiarygodny jest tu głos Budzego. Mam wątpliwości, czy Boga można by ukształtować jako kogoś, kto mówi „Ty głupcze, pobawię się teraz tobą, postraszę cię”. Bardziej słyszę w tym podszepty sumienia i demona, choć najbardziej kusi mnie takie podejście, że mam świadomość tego, co musi się wydarzyć i dlatego szukam drogi ucieczki – oskarżam się, ale i usprawiedliwiam. Jestem na sądzie, ktoś zamyka drzwi – tłumaczę sobie – to TE drzwi. Później dowiem się, że to właśnie były moje drzwi. Jestem jedyny, to miejsce jest dla mnie jedyne, jestem tylko ja i On, który słucha. Który musi gdzieś być. Inaczej bym nie krzyczał, nie szukałbym ratunku w oddaniu mu czci – całowaniu. Pierwszym skojarzeniem, które pojawiło się u mnie w związku z tym pocałunkiem jest… rytuał całowania ikon... Bo gdzie może być Przedziwna twarz, która ma być ratunkiem, gdy nie wiadomo, co się stanie? Kolejne „Ty głupcze” to znów zwątpienie, przecież jeszcze na ziemi nie byłem pewien, czy Chrystus umiera za każdego, więc teraz też nie wiem, czy pukam do właściwych drzwi. Demon we mnie mówi – nie bądź naiwny, ta noc Cię zniszczy, a te drzwi nie są wybawieniem – są tylko dla Ciebie, ale niosą Ci śmierć. Dlatego „To już koniec”. Nikt nie przetrwa tej próby… Ta blondynka w płomieniach… nie wiem… Jakaś Joanna D’Arc czy inna święta heretyczka spalona na stosie. Nie mam pojęcia, jaki obraz towarzyszył Tomkowi przy tych słowach, ale mnie się kojarzy to w ten sposób – przed prawem masz widmo kary takiej, jaką znasz. A w „Katedrze” była mowa o heretyku na stosie… I w takim momencie totalnego końca pojawia się koło ratunkowe” -> oddaj mi cześć po raz ostatni. Kiedy to robię, otrzymuję pocieszenie: nie możesz już teraz się poddać, bo masz siłę i wspierającą moc Tego, który wchodzi w śmierć, a więc i Ty w nią wejdziesz (aby żyć!). To jest Szalona miłość i TO JEST TA NOC (wiadomo – w której Chrystus kruszy więzy śmierci i z otchłani powraca zwycięski).
No i podsumowanie – utwór wybitny, dzieło skończone i piękne. „Anima”. W moim odczytaniu każda część koresponduje z tym, co działo się przed Prawem. „Pierwszy raz to nic/Ja to ktoś inny” –> pierwsze „Ty głupcze” - nie chciałem siebie znać, byłem tchórzem, byłem „tylko stąd”. Teraz dusza stoi przed Nim i jesteśmy tylko my, ale nie mogę nic powiedzieć. „Drugi raz na pół” -> zaczynam wołać, bo wierzę, że nie jestem tylko stąd, że dążę wyżej i mogę tam dojść, tylko muszę wołać. Zaczynam się kruszyć. Pamiętam, że jest ziemia, ale poznałem też miłosierdzie. To, co dzieje się między drugą a trzecią zwrotką, to jakiś kosmiczny pochód duchów – moment totalnie odbierający oddech. Kiedy wchodzi „trzeci raz na zawsze” mam wrażenie, że to jest dopiero wolność (czy to właśnie czuła Natalia na koncercie?). To jest szalona miłość, która sprawia, że nie ma już mnie, jest On. Ja się przyznaję, On mi wybacza, staję się jak On. I dopiero teraz Dusza jest wszystkim! W tym utworze jest tyle mocy, że wprowadziłabym go na liturgię w Wielką Sobotę. Jestem niewolnikiem tego utworu – wszystko tu się zgadza, wszystko dopełnia – i ten niespodziewany anielski śpiew Angeliki na końcu. Śpiew duszy, niebiański. Niezwykłe!
PS Używam 1 os. l.poj., żeby nie bawić się w stwierdzenia „podmiot liryczny” lub „bohater”.
PS2 Odczytuję to w świetle kultury chrześcijańskiej, ale nadal uważam, że to uniwersalny utwór o Człowieku. I o Duszy.
*Alternatywne odczytanie – te wszystkie rzeczy, które są wymieniane, są czymś, czego próbuję się złapać, gdy jestem wołany na sąd. Wiem, ze muszę się temu poddać, ale tu zostało tyle wspaniałych chwil. Trochę mi się to kojarzy z końcówką Hair, gdy Berger musi wylecieć do Wietnamu i w migawkach widzimy Bukowskiego, który wraca z tamtego świata, o którym pewnie Berger myśli, idąc na śmierć.